Home Kategorie Zdrowie Dr Artur Szewczyk o ciężkim przypadku COVID-19: obrazowo można przyrównać płuca do gotującej się zupy

Dr Artur Szewczyk o ciężkim przypadku COVID-19: obrazowo można przyrównać płuca do gotującej się zupy

Dr Artur Szewczyk o ciężkim przypadku COVID-19: obrazowo można przyrównać płuca do gotującej się zupy

Lekarz wojskowy, który na pierwszej linii frontu walki z pandemią koronawirusa trwa od wiosny, uważa, że powinniśmy bardziej aktywnie starać się ograniczać transmisję wirusa.

Lekarz ten ma do czynienia z naprawdę ciężkimi przypadkami. Dlatego też warto zaufać jego opinii. Najskuteczniejsza i zarazem najbardziej dostępna jest, zdaniem dr. Szewczyka, metoda DDM: dystans, dezynfekcja, maseczki. Wszystkim koronasceptykom lekarz radzi przyjrzeć się zdjęciom rentgenowskim i obrazom tomografii komputerowej jego dwudziestoparoletnich pacjentów.

Monika Zieleniewska, Medonet.pl: Od kiedy ma pan do czynienia z pacjentami chorymi na COVID-19?

Dr Artur Szewczyk: Od samego początku, odkąd Wojsko Polskie zaangażowało się w walkę z pandemią. Jestem lekarzem i oficerem, więc oprócz pracy przy pacjencie i w szpitalu, realizuję obowiązki w ramach macierzystej jednostki wojskowej. Początkowo odbywało się to w ramach szkolenia z procedur bezpieczeństwa, a teraz grupy wymazowej, która od maja na zlecenie urzędów wojewódzkich pobiera wymazy od pacjentów z izolacji, w kwarantannie i po ekspozycji. Procedury cywilnej i wojskowej medycyny wzajemnie się uzupełniają, co sprawia, że dzięki zachowaniu środków bezpieczeństwa od kwietnia do tej pory, pomimo stałego kontaktu i ekspozycji na pacjentów z dodatnimi wynikami COVID-19, udało mi się nie zaliczyć żadnego plusa w badaniach.

Z iloma przypadkami zetknął się pan do tej pory?

Z samych wymazów było ich ok. 2 tysięcy plus pacjenci z izolatek na oddziale i z SOR-u, czyli kolejnych 200 – 300 osób.

Czy zaobserwował pan różnice pomiędzy wiosenną a obecną falą pandemii?

Zdecydowanie tak. Podczas pierwszej fali trafiali do nas głównie pacjenci w starszym wieku, tacy 70+, często z licznymi chorobami współistniejącymi. Było ich niewielu, jeden, dwóch w ciągu dyżuru, a czasami nawet i nie. Ludzie się bali i siedzieli w domach, nikt jeszcze nie był tym wszystkim zmęczony. Większość przyglądała się pandemii z perspektywy ekranu telewizora. Część traktowała to trochę jak zaległe wczasy, okazję do nadrobienia niedokończonych robót, wymiany potrzaskanych płytek itp. Było dość spokojnie. Teraz z biernych widzów zamieniamy się w aktywnych graczy. O ile wcześniej wiedzieliśmy, kto potencjalnie może być zakażony, mieliśmy jakieś kryteria epidemiologiczne np. „gorący region” bądź niedawne wycieczki i pobyty za granicą w wywiadzie, o tyle teraz nie mamy żadnych. Można by rzec, że zniesienie lockdownu otworzyło nam życie, ale zamknęło rozum. Część ludzi, którzy nie mieli do czynienia z COVIDEM w jakiejkolwiek formie, zaczęło tworzyć różne teorie spiskowe, szukać pseudonaukowych informacji i łamać wszystkie obowiązujące zasady, które do tej pory pozwalały nam na chociaż częściowe przewidywanie rozprzestrzenianie się wirusa SARS-CoV-2. Druga fala to totalna samowolka, walka z rozumem i z logiką, a także dziwny opór części społeczeństwa w stosunku do tak istotnych rzeczy, jak ograniczanie transmisji wirusa czy podstawowa higiena.

Zapewne zmieniał się profil pacjentów?

Zdecydowanie tak. Dzisiaj na SOR-y trafiają trzy typy. Po pierwsze starsi obciążeni ludzie, często niesamodzielni, którzy najczęściej zarażają się od domowników. Po drugie osoby w wieku 50+, pracujący, z troszkę nadmiernie rozwiniętym brzuszkiem, początkami nadciśnienia i cukrzycy, palący i niezbyt aktywni fizycznie. I w końcu ludzie młodzi, którzy do tej pory myśleli, że są niewidoczni dla wirusa, albo nienarażeni na ciężką postać infekcji dlatego właśnie, że są młodzi. W dużej mierze są to osoby o bardzo ryzykownych schematach zachowania lub koronasceptycy.

A przebieg choroby?

Coraz częściej zdarzają się pacjenci młodsi z bardzo zaawansowanymi zmianami w badaniach obrazowych płuc, jak chociażby opublikowane na moim Instagramie przypadki 25- i 29-latka. Ci pacjenci wymagali tlenoterapii oraz leczenia wspomagającego i ostatecznie trafili do oddziałów covidowych. Jedno co wiemy o wirusie to to, że ciągle mało wiemy… Nie chcę mówić, że nic, natomiast czas tzw. follow-up’u, czyli obserwacji pacjentów w trakcie lub po zakończonym leczeniu ciągle jest zbyt krótki. 4 – 5 miesięcy nie wystarczy na poznanie przebiegu choroby. Dla przykładu podam, że jednej z poprzednich epidemii wirusa zmutowanej świńskiej grypy, czyli słynnego AH1N1, który w latach 2009 – 2010 pozbawił życia 238 tys. osób uczyliśmy się dwa lata! Dopiero w 2013 roku pojawiły się pierwsze oparte na dużej grupie badanych, publikacje naukowe, które w miarę dokładnie przedstawiały przebieg i uwarunkowania choroby, a obserwacje jej odległych następstw i analiza uwarunkowań genetycznych wirusa, czyli takiego „szyfru” wirusa, za pomocą którego obchodzi on nasze systemy obronne i wbudowuje się w DNA i RNA zdrowych komórek, pojawiły się dopiero w 2016 roku. Obecna pandemia ciągle pozostaje dla nas świeżynką. Pocieszające jest to, że mamy coraz czulsze i bardziej wiarygodne testy diagnostyczne, głównie wykorzystujące metody RT-PCR, ale również: antygenowe FIA i serologiczne, wykrywające swoiste przeciwciała IgG i IgM.

Proszę opisać wybrany przypadek.

To może przypadek młodego antycovidowca, który trafił do szpitala mniej więcej po tygodniu od wystąpienia objawów. Miał 25 lat, nie był obciążany, żadnymi chorobami, o których by wiedział, co nie znaczy, że nie miał jakichś genetycznych uwarunkowań. Generalnie na pierwszy rzut oka normalny gość. Oczywiście jak to osoba młoda i zbuntowana bagatelizował pierwsze objawy infekcji, rzucał się w wir spotkań towarzyskich, głośno mówiąc, że nie wolno dać się zamknąć „plandemii”. Żył chwilą, ale chwilę potem, kiedy dziwne wrażenie w piersiach zaczęło się nasilać, a dreszczyk emocji wynikający z bycia „rebelem” zniknął, z tyłu głowy pojawiła się u niego obawa. To co najpierw było małym kamyczkiem na klatce piersiowej, stopniowo stawało się wielkim głazem, który leżał na piersiach i nie pozwalał oddychać. Tak działa koronawirus, kradnie nam powietrze, dosłownie kradnie, bo efektywna powierzchnia wymiany gazowej w płucach stopniowo się zmniejsza. Miąższ płuc zalewa mieszanina komórek zapalnych i wysiękającego płynu pozakomórkowego, naszpikowanego szeregiem substancji, tzw. cytokin, które dodatkowo przyprawiają szalejący stan zapalny. Obrazowo można przyrównać płuca do gotującej się zupy. I taki obraz rozhukanego stanu zapalnego obserwujemy na zdjęciach rentgenowskich oraz obrazach tomografii komputerowej, fachowo nazywamy go mleczną szybą. Dla przykładu, na zdj. nr 2 widać obraz prawidłowych płuc. Wszystkie czarne przestrzenie to upowietrzniona, zdrowa tkanka płucna. Promieniowanie X przechodzi przez powietrze bez oporu, nie jest pochłaniane, natomiast każda przeszkoda na jego drodze, czyli te wszystkie komórki zatopione w płynie zapalnym, w pewnym stopniu je pochłaniają, rzucając swoisty cień na obraz zdrowych płuc. Możemy to obserwować jako jasne przebarwienia, które do złudzenia przypominają mleczne, jakby oszronione szkło. Zagranicą stosuje się określenie „frosty glass” i bardzo dobrze widać je na zdjęciu nr 1. Żeby ocenić, ile procent miąższu płucnego jest zajętych zmianami zapalnymi, musimy skorzystać z obrazowania wielopłaszczyznowego, czyli tomografii komputerowej.

Na zdjęciu nr 3 a i b widzimy przekrój przez klatkę piersiową, uzyskany za pomocą tej metody obrazowania. Zdjęcia pokazują zakres zmian śródmiąższowych, czyli te wszystkie białe jakby rozlane plamy u jednego pacjenta. Oceniamy je na różnych wysokościach płuc, tutaj na zdjęciu 3a na wysokości szczytów płuc (tuż poniżej ramion) i na poziomie serca (zdj. 3b). Procentowa zawartość zdrowego (czarnego) miąższu jest niewielka. Oczywiście w większości przypadków zmiany w toku leczenia zmniejszają się, a obraz płuc ulega uporządkowaniu, ale ten proces wymaga czasu. Ile? Na tą chwilę, nie mamy jeszcze długoterminowych, opartych na dużej liczbie przypadków badań, które pokazałyby, jak długo i w jakim stopniu organizm będzie wracał do pierwotnego stanu i czy w ogóle wróci.

Jak z perspektywy czasu ocenia pan przygotowanie systemu opieki zdrowotnej na przyjęcie pacjentów chorych na koronawirusa?

Bywa różnie, w dużej mierze zależy to od władz szpitali i personelu. Ja miałem to szczęście, że kiedy w marcu i kwietniu pandemia dopiero raczkowała, dyrekcja pojawiła się u nas na SOR-ze i pytała personel: lekarzy i ratowników, czego nam brakuje oraz jak moglibyśmy przekształcić na potrzeby walki z COVID-em obecną infrastrukturę, która umówmy się, nie powstała z zamysłem przyjmowania dużej liczby pacjentów zakaźnych i nie posiada oddzielnych, niekrzyżujących się dróg poruszania oraz dużej liczbą pojedynczych, wyposażonych w stanowiska do monitorowania i prowadzenia terapii tlenowej sal. Szpitale adaptują się do zmieniających się warunków in situ, czyli na bieżąco, żeby przetrwać i nie pęknąć pod napływem nadciągającej fali pacjentów, lub nie wypaść z obiegu poprzez skontaminowanie własnych pracowników i wystrzelenie połowy oddziału na kwarantannę. Tutaj istotny jest również element samodyscypliny i wzajemnego wsparcia, który w moim zespole działa bez zarzutu.

Czy personel ma już wszystkie niezbędne środki ochrony osobistej?

Poziom tego zabezpieczenia również zależy od zapobiegliwości dyrekcji szpitali, ich zdolności przewidywania sytuacji i planowania zakupów. Jedyne problemy, jakie pamiętam, występowały na początku pandemii w okolicach kwietnia. Wtedy o maseczki i kombinezony było trudno, bo wszystko się wyprzedało, a masowa produkcja dopiero miała ruszyć, ale i tak nieźle sobie radziliśmy. Nie mieliśmy może 3 maseczek na głowę na dyżur, ale też i potrzeby, i liczba pacjentów podejrzanych o COVID-19 była mniejsza i mogliśmy te najtrudniej dostępne maseczki FFP2/3 oszczędzać na wyjątkowe okazje. Na co dzień stosowaliśmy maseczki chirurgiczne nieraz trochę dłużej niż zaleca producent. Dzisiaj, w większości szpitali nie brakuje środków ochrony indywidualnej, na razie – bo nie wiadomo, co przyniesie jutro.

Najtrudniejszy temat, czyli metody leczenia. Jest postęp?

Skuteczne leczenie COVID-19 na obecną chwilę brzmi trochę jak buty, które nigdy się nie zdzierają, lub szklanka, z której nigdy nic się nie wylewa. Dlaczego? Bo, jak już wspominałem, jest to stosunkowo młoda choroba o agresywnym szerzeniu się i podstępnym przebiegu. Podstępnym, bo objawy pojawiają się późno – po 7 – 10 dniach, stad ten fenomen bezobjawowych roznosicieli, czyli osób, które nieświadomie przenoszą wirusa poprzez powielanie niebezpiecznych zachowań. Mieliśmy kilka terapii, które wyglądały obiecująco podczas obserwacji i badań krótkoterminowych, w tym jedną od polską. Była to potencjalna manna z nieba, ale niestety dłuższe obserwacje i badania wieloośrodkowe przekreśliły jej szansę. Inne terapie również nie okazały się trafione. Niezależnie od tego, każdy kraj stosuje swoje indywidualne zalecenia, opracowywane przez zespół krajowych ekspertów. Podobnie WHO i inne międzynarodowe organizacje co chwilę wprowadzają nowe konsensusy i wytyczne. Obecnie obiecujące wyniki daje terapia oparta na przeciwciałach pochodzących z osocza ozdrowieńców, jednak ze względu na ograniczoną dostępność, ciężko przewidzieć, jaki będzie jej los. Na pocieszenie mogę tylko powiedzieć, że nie każdy chory wymaga hospitalizacji, a fakt występowania chorób współistniejących i zaawansowanego wieku nie jest pewnikiem ciężkiego przebiegu infekcji. Nadzieją jest szybkie pojawienie się szczepionki.

 

 

 

Kurs online: pierwszej pomocy z MEN
Kurs online: pierwszej pomocy z MEN
9,00 zł
90 dni
do końca oferty!
Kurs online pierwszej pomocy i ratownictwa medycznego za 9 zł w Akademii Dietetycznie Poprawni

Twoja reakcja?

Super
Super
1
Ha ha
Ha ha
1
Wow
Wow
0
Smutny
Smutny
0
Zły
Zły
0

Podziel się ze znajomymi!

Zostaw swój komentarz