Home Kategorie Poruszające Ratownicy słyszą: „jeśli pacjent umrze, to umrze”. Coraz większa znieczulica w szpitalach.

Ratownicy słyszą: „jeśli pacjent umrze, to umrze”. Coraz większa znieczulica w szpitalach.

Ratownicy słyszą: „jeśli pacjent umrze, to umrze”. Coraz większa znieczulica w szpitalach.

Krzysztof Grobelny, ratownik medyczny i koordynator pogotowia w Raciborzu opowiedział Onetowi o wielogodzinnych poszukiwaniach miejsc dla chorych, które często kończą się śmiercią lub reanimacją.

Marcin Wyrwał: Późnym wieczorem w ostatni czwartek karetka pogotowia dostała wezwanie do pacjenta. Tak rozpoczęła się wasza całonocna podróż po śląskich szpitalach.

Krzysztof Grobelny: Od wyjazdu karetki do powrotu upłynęło osiem godzin. To był pacjent z objawami koronawirusa, gorączką i silnymi dusznościami, ale jeszcze bez dodatniego testu, więc musieliśmy zawieźć go do izolatorium. Wyruszyliśmy z Wodzisławia Śląskiego. Z początku dyspozytor nie wiedział, gdzie nas skierować, bo na Śląsku praktycznie nie ma dostępnych miejsc w izolatoriach. U nas w Raciborzu w jest 175 łóżek tak zwanych covidowych. Na dzień dzisiejszy wolnych jest około pięciu miejsc. Ale wtedy nie było żadnych wolnych łóżek na oddziele zakaźnym jako łóżek do izolacji pacjentów z objawami Covid-19. Więc dyspozytor dowiadywał się, że gdzieś jest miejsce, ale kiedy tam dojeżdżaliśmy, już było zajęte. Najpierw pojechaliśmy do Rybnika, stamtąd odesłali nas do Jastrzębia, a stamtąd z powrotem do Rybnika. Tam dopiero nad ranem zwolniło się miejsce.

A gdyby się nie zwolniło?

To pewnie skończyłoby się tak jak z moimi kolegami, którzy wczoraj także dostali zgłoszenie do pacjentki z dusznością i gorączką. Pojechali z nią do Raciborza, ale tam nie było miejsc, więc odesłali ich do Rybnika. W Rybniku już byli siódmą karetką w kolejce. Pojechali więc do Jastrzębia, gdzie znowu brakowało miejsc. W końcu dyspozytor podjął decyzję, żeby pacjentkę odstawić do domu. Generalnie, coraz więcej pacjentów zostawia się w domu.

Karetki nie odbierają ich?

Podaje się pacjentowi leki, parametry się poprawiają i zostawia się go w domu.

Dużo jest takich przypadków, gdzie trzeba jeździć z pacjentem całymi godzinami, szukając miejsca w szpitalu lub izolatorium?

Bez przerwy. W zeszłą sobotę mieliśmy znacznie groźniejszą sytuację, bo wieźliśmy pacjenta po zawale i by-passach. Miał gorączkę 38 stopni i poniżej 70 saturacji, czyli nasycenia tlenem krwi. To był już stan niemal krytyczny. Odebraliśmy pacjenta o godzinie 19:30 i pojechaliśmy z nim na oddział zakaźny w Raciborzu, gdzie po godzinie oczekiwania dostaliśmy odmowę. Pierwsze miejsce zwolniło się o godzinie 21 w Cieszynie, to jest dobrze ponad godzina drogi, więc kiedy tam dojechaliśmy, to nie było już miejsca. Dyspozytor chciał nas wysłać do Opola, czyli kolejne 150 kilometrów. W drodze zaopatrywaliśmy pacjenta w tlen i leki, ale w pewnym momencie zabrakło nam tlenu. Z tego powodu pacjenta udało się zostawić w szpitalu w Rybniku o 2 w nocy.

Na ile czasu pacjentowi w ciężkim stanie starcza tlenu w karetce?

Dawkując oszczędnie – na 2-3 godziny. Dodatkowo można podawać leki na zwiększenie wydolności płuc, ale nie można ich przedawkować. Nam się udało, ale zdarzało się, że pacjenci z taką saturacją umierali w karetkach. Problem polega też na tym, że często nie dojeżdżamy do najbardziej potrzebujących pacjentów, bo pogotowie coraz częściej jest traktowane jako podstawowa opieka zdrowotna.

Na jakiej zasadzie?

Często lekarze rodzinni odmawiają pacjentom wizyty i sami sugerują, żeby wezwać pogotowie. My nie możemy odmówić. Kończy się na tym, że w 70 procentach przypadków jeździmy do przysłowiowego kataru, a w tym czasie w domach umierają ludzie.

Często nie udaje się ratownikom dojechać do naprawdę potrzebujących ludzi.

Przypadek sprzed dosłownie dwóch tygodni: samochód potrącił na pasach 17-letnią dziewczynę. Mimo że do wypadku doszło dosłownie 500 metrów od stacji pogotowia ratunkowego, wszystkie karetki były zajęte, a niektóre pewnie przy czyimś katarze. Musieli ściągać karetkę z sąsiedniego miasta. W efekcie czekali na karetkę ponad 40 minut. Dziewczyna trafiła do Katowic w ciężkim stanie. Nie wiadomo, jak to się wszystko skończy.

A jak wygląda sytuacja z pacjentami cierpiącymi na inne choroby niż koronawirus?

Ich nie ma gdzie wozić, bo w szpitalach zamykają się oddziały wewnętrzne. W Rybniku oddział wewnętrzny został przekształcony na covidowy, w Wodzisławiu to samo. Najbliższy czynny oddział wewnętrzny jest w oddalonych od Raciborza o godzinę drogi Gliwicach, ale on zawsze jest przepełniony.

Ile razy wyjeżdżaliście podczas jednego dyżuru do pacjenta przed rozpoczęciem epidemii?

Zwykle w trakcie 12-godzinnego dyżuru każdy zespół realizował mniej więcej cztery wizyty.

A teraz?

Każdy zespół ma po osiem wizyt. Szpital w Raciborzu obsługuje tylko pacjentów covidowych, więc każdego innego pacjenta musimy wozić po 30 albo 50 kilometrów do innych szpitali. A jeśli w Raciborzu nie ma miejsca dla pacjentów covidowych, to zdarza się, że jeździmy z nimi po 150-200 kilometrów. Często też jeździmy do pacjentów z teleporad. Na Śląsku zamkniętych jest około 80 przychodni podstawowej opieki zdrowotnej. Pozostają teleporady, ale podczas takiej teleporady lekarz nie jest w stanie zbadać pacjenta, przepisuje mu więc leki i często dochodzi do zasłabnięć, do których my musimy jeździć. Ostatnio mieliśmy na jednym tylko dyżurze zgony trojga pacjentów w wieku 50-60 lat. Wszyscy mieli gorączkę i duszności, lekarz przepisał im receptę, nie osłuchując, ich stan się pogarszał, a kiedy wezwali pogotowie, to było za późno.

To były zgony z powodu koronawirusa?

My tego nie wiemy, bo nikt tego nie stwierdził. My tylko mieliśmy informację, że jest temperatura 38 stopni i silna duszność. I to są coraz młodsi ludzie.

Mamy do czynienia z obniżeniem wieku, w którym koronawirus staje się coraz bardziej niebezpieczny?

Z moich obserwacji wynika, że podczas pierwszej fazy koronawirusa on był groźny głównie dla ludzi powyżej 65 lat z chorobami współistniejącymi. Teraz widzę, że u nas w szpitalu zmarło już parę osób w wieku 30-40 lat, które nie miały żadnych współistniejących chorób.

Ilu ludzi liczy zespół ratowników w Raciborzu?

Mamy 57 osób, ale 12 jest zakażonych i około 10 na kwarantannie. Obecnie zdolnych do pracy jest jedynie 35 osób, więc ci, którzy zostali, pracują w trybie: 24 godziny dyżuru, 12 godzin przerwy i znowu 24 godziny dyżuru. Wychodzi 50-60 godzin pracy w tygodniu.

W jakiej ci ludzie są kondycji?

Wszyscy jesteśmy na skraju wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Staramy się jak najszybciej docierać do pacjentów z pomocą. Ale zderzamy się z coraz większą znieczulicą w szpitalach. Kiedy próbujemy zostawić gdzieś pacjenta, przekonując szpital, że pacjent za chwilę może umrzeć, to słyszymy, że jak umrze, to umrze.

Zdarza się, że dochodzi do najgorszego?

Niedawno mieliśmy pacjenta w bardzo ciężkim stanie, z którym musieliśmy czekać około dwóch godzin przed szpitalem. Gdyby przyjęli go pół godziny wcześniej, wszystko byłoby w porządku. Jednak opóźnienie spowodowało, że tuż po przyjęciu nastąpiło u niego zatrzymanie krążenia. Musieli go reanimować.

Cała ta wielogodzinna praca odbywa się w kombinezonach, które nie ułatwiają sprawy.

Jak się taki kombinezon zakłada na początku dyżuru, to zdarza się, że zostajemy w nim i po sześć godzin i dłużej. Pozostawanie w masce przez tak długi czas powoduje trudności w oddychaniu. W kombinezonie pot z człowieka dosłownie się leje.

A czynności fizjologiczne?

Przez dezynfekcję nie można zdjąć kombinezonu, więc nie ma mowy o czynnościach fizjologicznych.

Ale jak można powstrzymać mocz przez sześć godzin?

Jedyne co można zrobić, to nic nie pić. Woda wychodzi przez skórę w kombinezonie. Oczywiście, wtedy też nie jemy, więc zmęczenie postępuje znacznie szybciej niż w normalnych warunkach. Po tak długim czasie bez wody człowiek wypija litr wody naraz i nie czuje, żeby cokolwiek wypił. Przez te sześć godzin także niczego nie jemy, bo nie można zdejmować maski przed dezynfekcją. To wszystko powoduje duże zmęczenie.

To zmęczenie przekłada się na błędy?

Z pacjentami to się chyba nie zdarzyło, ale człowiek popełnia błędy choćby przy własnym zabezpieczeniu. Stąd coraz większa liczba zakażonych ratowników.

Jak długo jeszcze pociągniecie w takiej sytuacji?

W Raciborzu mamy cztery karetki, ale lada dzień spodziewamy się decyzji o zamknięciu jednej z nich, bo po prostu nie ma kto ich obsługiwać. A jeśli zakażenia i kwarantanny w zespole będą postępować w obecnym tempie, a do tego dochodzą inne choroby, choćby z przemęczenia, to jest realna groźba zamknięcia całego pogotowia ratunkowego w Raciborzu.

Czy zespoły ratownicze otrzymują jakieś rekompensaty za pracę z pacjentami z koronawirusem?

W szpitalu w Raciborzu mieliśmy dodatek covidowy, ale miesiąc temu go znieśli.

Minister zdrowia ogłosił, że lekarze walczący z koronawirusem otrzymają aż 200 procent dodatku.

Ale ten dodatek nie obejmuje zespołów ratownictwa medycznego, ani SOR-ów.

Źródło: onet.pl

Obustronne wizytówki: nawet 600 szt.
Obustronne wizytówki: nawet 600 szt.
9,90 zł
49,00 zł
60 dni
do końca oferty!
Od 9,90 zł: obustronne wizytówki – 100, 200, 400 lub 600 szt. na Yuupi.pl (do -84%)

Twoja reakcja?

Super
Super
0
Ha ha
Ha ha
0
Wow
Wow
0
Smutny
Smutny
3
Zły
Zły
2

Podziel się ze znajomymi!

Zostaw swój komentarz